Miód Bartny
niedziela, Październik 25th, 2009Zakończyło się pierwsze od ponad stu lat polskie miodobranie z barci. W Spalskim Parku Krajobrazowym nad Pilicą nasi bartnicy zebrali ledwie 3 kg. Ale od czegoś trzeba zacząć.

Fot. Małgorzata Kujawka / AG

Fot. Małgorzata Kujawka / AG
Chrupałem plaster miodu jak piszinger, gryzłem go jak wafelek. Był bardzo słodki, a tam, gdzie sześciokątne komórki wypełniała pierzga, czyli ubity pyłek kwiatowy – kwaśnawy. Zjadałem pszczeli wosk, choć czasem go po prostu wysysałem i wypluwałem. Złoty miód płynął mi po palcach.
Brałem udział w pierwszym od przeszło stu lat polskim miodobraniu z barci. W Spalskim Parku Krajobrazowym nad Pilicą dwaj bartnicy w pierwszym pokoleniu – Andrzej Pazura i Tomasz Dzierżanowski – podbierali leśnym pszczołom owoce ich pracy. Operację nadzorował mistrz młodych Polaków Ahtyam Isanamanow – baszkirski bartnik w siódmym pokoleniu i pracownik rezerwatu Shulgan Tash pod Uralem.
Leziwo albo kiram
- Mam w Baszkirii trzech synów – mówi powoli Ahtyam. – Wszystkim przekazałem swój fach. A teraz mam dwóch nowych, w Polsce – uśmiecha się.
Ta historia – przekazywania tradycji bartnickiej z Baszkira na Polaka – zaczęła się od dr. Przemysława Nawrockiego z polskiego WWF. – Byłem w Baszkirii w ramach jednego z naszych projektów – opowiada. – Spotkałem bartników, ostatnich mistrzów tego fachu w Europie, którzy z ojca na syna przekazywali sobie umiejętności. Pomyślałem, że można by odtworzyć bartnictwo w Polsce. Ten zawód wymarł u nas w końcu XIX w., kiedy bartników zastąpili pszczelarze.
Czym się bartnik różni od pszczelarza? Ten ostatni hoduje pszczoły w ulach. Dogląda ich prawie codziennie, czasem ratuje przed zarazą, czasem dokarmia. Nie pozwala, żeby owady się wyrajały. Albo pozwala – jeśli chce założyć nowe ule. Jednym słowem – musi sobie ręce urobić w miodzie po łokcie, żeby „był z tego jakiś interes”. Coraz mniej ludzi w Polsce chce tak pracować. Często fach jest przekazywany nie z ojca na syna – który widzi, ile wysiłku kosztuje jego rodzica praca nad ulami – ale z dziadka na wnuka, który w pracy przodka odkrywa swoje miejsce na ziemi.
Bartnik ma trochę lżej. To prawda – i on urobi sobie ręce po łokcie, wkładając je do dziupli w drzewie i wykrawając stamtąd plastry miodu (jedną trzecią zostawia nienaruszoną w górze dziupli; jak wyjaśnił mi Tomek Dzierżanowski, pszczoły zawsze organizują sobie dom, zaczynając od góry). Ale do „swoich” pszczół zagląda tylko dwa razy w roku. Na wiosnę, żeby podebrać miód wiosenny. I na jesieni – żeby wziąć jesienny.
Wcześniej dzieje barcie, czyli wycina dla pszczół dziuple w starych drzewach o szerokich pniach. W lesie niedaleko Spały baszkirscy mistrzowie i ich polscy uczniowie wydrążyli je półtora roku temu (zostały zasiedlone spontanicznie przez roje, które wymknęły się jakiemuś pszczelarzowi). Każda ma ok. metra wysokości i znajduje się kilka metrów nad ziemią. Ma ją to zabezpieczyć przed leśnymi drapieżnikami, które mogłyby połasić się na słodki przysmak. Albo przed ludźmi, którzy chcieliby podkraść miód bartnikom.
Bartnicy wspinają się do swoich barci za pomocą lin. Kiedyś w Polsce używało się do tego tzw. leziwa, długiej liny ze splątanych konopi, z której zwija się kolejne stopnie i wdrapuje się na drzewo. Ten sposób praktykuje m.in. Tomasz Dzierżanowski. Baszkirscy mistrzowie mają swój własny sposób, nieco prostszy. Wycinają stopnie w drzewie i wchodzą po nich, trzymając się kiramu, czyli opasującej drzewo liny skręconej ze skóry woła.
Wypróbowałem ten baszkirski sposób i, uwierzcie mi, jest prosty jak drzewo. Z leziwa nie odważyłem się skorzystać.
Jeszcze zdrowszy miód
Po co przywracamy w Polsce bartnictwo? – Po pierwsze, przywracamy lasom dzikie pszczoły, bardzo ważne dla całego ekosystemu – wyjaśnia dr Nawrocki. – Po drugie, chronimy stare drzewa, które dzisiaj w lasach gospodarczych się wycina, a które w lasach naturalnych były domem dla wielu gatunków roślin, zwierząt i grzybów. Po trzecie wreszcie, tworzymy miejsca pracy dla lokalnych społeczności. Będą mogły się pochwalić niezwykłym produktem regionalnym – miodem bartnym.
- Wszystko to zgodnie z hasłem WWF: „Chroń przyrodę z ludźmi i dla ludzi” – mówi.
Nawrocki twierdzi, że miód z barci jest o wiele zdrowszy od tego z ula. Zwykły pszczelarz odwirowuje czysty miód z ramek zastępujących pszczołom woskowe komórki. Ten barciowy jest mieszaniną miodu, wosku i pyłku.
Ahtyam opiekuje się w rezerwacie Shulgan Tash 13 państwowymi barciami. Mówi, że w tym roku zebrał z nich w sumie 100 kg słodkiego rarytasu. Ma też dziewięć prywatnych, z których dwie obrodziły w tym roku wyjątkowo obficie – każda dała po 30 kg miodu. W spalskim lesie nasi bartnicy zebrali ledwie 3 kg, ale od czegoś trzeba zacząć. Wiekowe baszkirskie barcie potrafią mieć nawet 14 m wysokości. – A najstarsza ma 300 lat – mówi Ahtyam Isanamanow. – Nikt już nie pamięta, kto ją założył – śmieje się.
Miód barciowy jest droższy od tego z ula. W Rosji, jedynym miejscu w Europie, gdzie się go teraz sprzedaje, kilogram kosztuje ok. 170 zł, dziesięć razy więcej niż miód z pasieki. W Moskwie potrafi kosztować nawet 500 zł.
Nawrocki liczy, że Polska stanie się kolejnym po Baszkirii „krajem bartników”. Na razie WWF pomógł w założeniu 21 barci – w Lasach Spalskich, Puszczy Świętokrzyskiej, a także w dwóch parkach narodowych, Biebrzańskim i Wigierskim. Nie wszystkie dziuple są już zamieszkane, czekają na swoje roje. Jeśli nie zostaną zasiedlone w sposób naturalny, bartnicy zwabią do nich pszczoły, umieszczając w barciach kawałki wosku pszczelego.
- Polecam bartnictwo wszystkim pszczelarzom – mówi Tomasz Dzierżanowski, który sam „przechrzcił się” z pszczelarza na bartnika. – Myślę, że gdyby tylko spróbowali, to wielu z nich zasmakowałoby w tym fachu. Chętnie podzielimy się naszą świeżo zdobytą wiedzą.
