Posts Tagged ‘kasztelewicz’

Obozy dla dzieci Stróże – Bartnik Sądecki

wtorek, Luty 21st, 2012

W górach zorganizowano też sporo obozów dla dzieci i młodzieży (w Małopolsce przerwa w nauce potrwa jeszcze do końca tygodnia). Oferty są z roku na rok coraz atrakcyjniejsze. W Stróżach w czasie wolnym od nart dzieci odwiedzają gospodarstwo pasieczne Bartnik Sądecki, połączone z pensjonatem i skansenem, w którym można dowiedzieć się wszystkiego o pszczelarstwie. A na specjalnych warsztatach wyrabia się własnoręcznie świeczki z pszczelego wosku i wypieka miodowe pierniki. Natomiast dorośli lubiący miód w mocniejszej i rozgrzewającej postaci mogą wybrać się do pobliskiej Kamiannej, gdzie przy degustacji w pasiece Barć dowiedzą się, czym różni się półtorak od dwójniaka i trójniaka.

Miód lekarstwem od Bartnika

wtorek, Grudzień 13th, 2011

Dar natury

Miód to słodkie lekarstwo dla dziecka oraz sekret zdrowia babci i dziadka. Jego wszystkie tajemnice odkrywa przed nami Janusz Kasztelewicz, sądecki bartnik.
Dar naturyźr. Glowimages

Najprzyjemniejszy okres w życiu to podobno miesiąc miodowy, wymarzone miejsce to kraj mlekiem i miodem płynący, a miłe słowa to zawsze miód na nasze uszy. Nie bez powodu to co najlepsze kojarzy się z miodem. Miód stawia na nogi, regeneruje siły i osładza życie. Jego lecznicze właściwości doceniali już starożytni. Od tamtej pory nic się zmieniło: to wciąż jeden z najzdrowszych produktów.

O właściwościach miodu przypominamy sobie, gdy już jesteśmy przeziębieni, ale jedna łyżka dziennie wystarczy, żeby uodpornić się i przetrwać jesień czy zimę w dobrej kondycji. Miód ma właściwości antybakteryjne, przeciwzapalne oraz odżywiające organizm. – Gdybyśmy wszyscy wiedzieli, jaka siła jest w miodzie, farmacja miałaby się kiepsko – przekonuje Janusz Kasztelewicz. Gość „Czterech Pór Roku” zdradza słuchaczom najlepszy sposób na zachowanie sił i zdrowia. Jego zdaniem wieczorem należy do przegotowanej wody dodać jedną lub dwie łyżki miodu i odczekać całą noc. – Szklanka takiego napoju z rana to najlepsza profilaktyka i power na cały dzień – mówi sądecki bartnik.

Oprócz tego, że zapobiega powstawaniu chorób, miód także używany jest jako lekarstwo na wszelkiego typu przeziębienia. Kiedy mamy katar i jesteśmy osłabieni, najlepsza kuracja to… kąpiel w miodzie. – Do wanny z gorącą wodą należy wlać słoik słodkiego lekarstwa, a następnie natrzeć nim nos i okolice oczu. Trzeba wymoczyć się 20 – 25 minut. Potem tylko gorąca herbata i rano jesteśmy jak nowo narodzeni – mówi Janusz Kasztelewicz.

Rozmawiali Marta Kielczyk i Roman Czejarek.

Sądecczanin 2001

niedziela, Marzec 6th, 2011

Celestyn Żeliszewski, skromny, 52-letni mieszkanie Librantowej, który 10 maja ub.r. wyciągnął z płonącego samochodu dwójkę młodych osób, sam ulegając ciężkim poparzeniom, został Sądeczaninem 2010 rok w plebiscycie organizowanym od 12 lat przez Fundację Sadecką. Wyniki konkursu ogłoszono dzisiaj (5 marca) podczas gali w MCK „Sokół”.sądecki bartnik firma pszczelarska

Nagroda starosty nowosądeckiego Jana Golonki przypadła ks. prałatowi Władysławowi Piątkowi, emerytowanemu proboszczowi Łososiny Dolnej, a nagrodę prezydenta Ryszarda Nowaka odebrał przedsiębiorca branży mięsnej Wiesław Leśniak, wiceprezes KS „Sandecja” Nowy Sącz. Piotr Ociepka, prezes Fundacji Sądeckiej, wyróżnił ks. Tadeusza Sajdaka, dyrektora Diecezjalnego Centrum Pielgrzymowania im. Jana Pawła II w Starym Sączu.

Największa sala koncertowa „Sokoła” pękała w południe w szwach. Na sali siedzieli krewni, przyjaciele i znajomi jedenastu osób nominowanych przez kapitułę plebiscytu do zaszczytnego tytułu. Pierwszy rząd okupowali notable, m.in. Stanisław Sorys z zarządu woj. małopolskiego, senator Stanisław Kogut i starosta limanowski Jan Puchała.

Przypomniano dotychczasowych laureatów plebiscytu, a potem przyszedł czas na przedstawienie 11 sądeczan (czytaj poniżej), nominowanych do tytułu Sądeczanina Roku w tegorocznej edycji plebiscytu. Ich sylwetki pokazano na ekranie i poproszono na scenę. W „Sokole” zabrakło tylko złożonego chorobą Jana Stawiarskiego, najstarszego radnego w Polsce (zastępowała go żona Janina) oraz przebywającego na kapłańskich dniach skupienia ks. Tadeusza Sajdaka, dyrektora Diecezjalnego Centrum Pielgrzymowania im. Jana Pawła II w Starym Sączu.

Organizatorzy umiejętnie stopniowali napięcie, nareszcie Krystyna Uczkiewicz i Bogusław Kołcz przeczytali protokoły z dwóch posiedzeń kapituły plebiscytu. Przypomniano, że uczestnicy konkursu oddawali głosy na swoich faworytów wypełniając specjalne kupony bądź elektronicznie, klikając w naszym portalu. Należało podać swoje dane personalne i jedna osoba miała tylko jeden głos.

- W głosowaniu wzięło udział 8515 osób… – zawiesiła głos Krystyna Uczkiewicz – najwięcej głosów uzyskał… Celestyn Żeliszewski!!! Eksplozja radości, Sokół zatrząsł się od oklasków, a na scenie stał z zamkniętymi oczami niepozorny pracownik sadeckiego zakładu gazowniczego. Wzruszenie odebrało panu Celestynowi głos. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, to wyjął z kieszeni kartkę z i drżącym głosem odczytał, że nie czuje się bohaterem i tamtego dnia, kiedy z płonącego malucha wyciągnął uwięzionych w samochodzie chłopaka z dziewczyną, nie zrobił nic nadzwyczajnego . – Było to spontaniczne, po prostu znalazłem się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu – przekonywał salę Sądeczanin 2010 Roku, a potem dziękował rodzinie, sąsiadom, kolegom z pracy, swojemu proboszczowi „i całemu ogółowi Sadeczan” za modlitwę w czasie choroby, a lekarzom za pomoc i opiekę podczas leczenia ciężkich poparzeń (w Czechowicach) i rekonwalescencji.

Za chwilę przewodniczący kapituły Zygmunt Berdychowski, który przed 12 laty wymyślił ten plebiscytu, przeczytał akt nadania zaszczytnego tytułu Sądeczanina 2010 Roku, spisany na czerpanym papierze, a do Celestyna Żeliszewskiego ustawiła się długa kolejka osób z kwiatami i gratulacjami.

- Między nami są tacy ludzie, dzięki którym stajemy się lepsi. Za to dobro, które wyświadczacie – dziękuję! – powiedział podczas gali starosta Jan Golonka, zwracając się do całej jedenastki, bo wszyscy to osoby nietuzinkowe.

Oprawę muzyczną uroczystości w „Sokole” stworzyła orkiestra reprezentacyjna Karpackiego Oddziału Straży Granicznej pod dyrekcją płk. dra Stanisława Strączka. Na koniec uroczystości odczytano nazwiska dziesięciorga szczęśliwców, spośród osób uczestniczących w plebiscycie, którzy wylosowali nagrody (sprzęt AGD), ufundowane przez Fundację Sądecką.

WARTO WIEDZIEĆ

Oto osoby nominowane przez kapitułę plebiscytu do tytułu Sądeczanin 2010 Roku: o. Fabian Błaszkiewicz SJ, Janusz Dominik, Janusz Kasztelewicz, Józef Nowogórski, Wiesław Leśniak, ks. Władysław Piątek, ks. Tadeusz Sajdak, Jan Stawiarski, Adam Tokarczyk, Celestyn Żeliszewski, Maria Żuchowicz.

 

Załączamy kilka zdjęć udostępnionych przez Pana Piotr Droździka. Bardzo dziękujemy. Na zdjęciach jak widać jest Pan Janusz Kasztelewicz właściciel słodkości miodowych Firma Pszczelarska Sądecki Bartnik. Pan Kasztelewicz był nominowany do tytułu Sadecczanina 2011  co już świadczy o tym że jest szanowanym mieszkańcem Beskidu Sądeckiego. Tytuł otrzymał Pan Celestyn Żeliszewski który w swoim bohaterskim czynie uratował 2 ludzi sam narażając się na poparzenia.

 

Polskie Pasieki

niedziela, Październik 31st, 2010

Pan Sułowski, właściciel i miłośnik pięćdziesięciu rodzin pszczelich, zamieszkałych w ulach pod lasem, oddawał się akurat myślom u siebie na podwórku, kiedy zajechał miastowy z Ostródy. Miastowy był chory na serce albo coś takiego, a jako czytelnik prasy wiedział, że jad pszczeli leczy. W wieku siedemdziesięciu trzech lat już mało rzeczy człowieka dziwi, więc pan Sułowski złapał pszczołę i wedle życzenia posadził ekstrawagantowi na ramieniu. Owad okazał się nienerwowy, nie chciał żądlić, musieli go naciskać palcami. Wreszcie ugryzł i zaraz zdechł, a miastowemu ręka spuchła. Zadowolony sięgnął po portfel, sztywną ręką poruszał jak łychą koparki w żwirowni.
– Pan jesteś stratny pszczołę – wskazał banknotem pod nogi, gdzie leżał trup.
– Gratis – umiał się znaleźć pan Sułowski.

Po śniadaniu Jacek Pieńkos, współwłaściciel gospodarstwa pasiecznego Leśny Dwór koło Szczytna, z wykształcenia matematyk, zapakował do furgonetki siedem pustych dwustulitrowych beczek, kartonowe pudło ze słoikami na próbki miodu i ruszył w objazd po pszczelarzach. W normalne lata te objazdy i skupowanie miodu należały do teścia Jacka pana Krawczyka, który temat pszczoła zna na wyrywki, jest szefem Związku Pszczelarzy Zawodowych, a dodatkowo posiada charyzmę upraszczającą kontakty z dostawcą. Ale tego roku teść spadł z drabiny, kiedy wchodził na drzewo zdjąć rój uciekinierek z ula. Gips tułowiowy uczynił go jeszcze bardziej dostojnym i wzmocnił rys zdecydowania, ale nie pozwala tyle pracować.

Normalnie na głowie Jacka jest marketing, czyli myślenie, jak leśnodworskie miody rozsławić i sprzedać. W tym roku na Jacka głowie jest wszystko. Jak się ma znaną na rynku firmę, trzeba miodu dokupywać, bo ze swojej pasieki już nie starcza, a zamówienia gonią. Miód zaczyna człowiekowi wypełniać życie i nie ma czasu na łażenie po górach latem, co Jacek kiedyś robił nałogowo.

Furgonetka z wymalowanym na burtach niedźwiedziem stutysięczny raz tłucze się mazurskimi bezdrożami po miód.

Pan Buchholtz spod Nidzicy

Z ławki pod gruszką na swoim podwórku pan Buchholtz widzi rozwalony silos, bo to najwyższa budowla. Na pierwszym planie ma ruiny chlewni i zardzewiałe spychacze, z których każdy sąsiad sobie wziął chociaż śrubkę. Domy wzdłuż drogi to jednakowe czworaki z czerwonej cegły i bez upiększeń. A za stodołami dzikie pola zapomniane przez człowieka, za to doceniane przez pszczoły Buchholtza. Pan Buchholtz w PGR pracował na posadzie mechanika urządzeń, ale ule i miód trzymał zawsze, tylko że kiedyś dla siebie, a teraz na sprzedaż. Życie, nawet ciche, kosztuje.

Jacek nabrał miodu Buchholtza z wielkiej beczki w szopie i zaksięgował na słoiku do próbek, że miód nieoszukany, gryczany. Usiedli na ławce pod gruszką i gadają o cenie za kilogram. Pan Buchholtz cmoka i kręci głową, bo chciałby więcej, niż Jacek daje. Za daleko w tej wybredności posunąć się nie może. Jeden chłop z okolicy w zeszłym roku udając w kwestii ceny nieprzystępną dziewicę został starą panną, bo miód mu zaczął kwaśnieć i nikt go potem nie chciał nawet za półdarmo.

Tu jeżdżą jedni Polonezami i miód kupują, to sobie na nich poczekam – zaryzykował wreszcie pan Buchholtz i wcale nie wiadomo, czy blefuje. – Lepszą cenę dadzą.

Jacek nie nastawał, tylko obiecał, że wróci jutro, żeby się zastanowić, a potem wsiadł do furgonetki i pojechał za lasek, do dostawcy Rapkiewicza. W sprawie gryczanego od Buchholtza działać należy dyplomatycznie. W zeszłym roku było tak, że twardy pan Buchholtz przyleciał do swojego znajomego pana Rapkiewicza prawie od razu za furgonetką.

Sprzedajesz mu, kurde? – zapytał.
Sprzedaję – odparł Rapkiewicz.
To i ja mu sprzedam.

Pszczoły i ludzie
część pierwsza

Najpierw była pszczoła, a potem człowiek. Najstarsza znana pszczoła siedzi w bursztynie sprzed kilkudziesięciu milionów lat. To niedźwiedź pokazał człowiekowi, że miód jest dobry. Człowiek rozwalił dziuplę, wybił pszczoły i zabrał miód. Robił tak, bo nie znał się na hodowli. Dalej tak robią niektórzy Azjaci i Afrykanie – nie wpadły im w ręce książki pszczelarskie.

Pierwsze znaki, że człowiek zaczynał rozumieć pszczoły, pochodzą ze ściany w prehistorycznej jaskini. Na skalnym bohomazie mężczyzna sprzed kilkunastu tysięcy lat odymia pszczoły, żeby go nie pogryzły.

Pan Rapkiewicz za lasem

Rapkiewiczowi syn wrócił z wojska ułożony, niesfatygowany, rozejrzał się za pracą i zaraz znalazł. Popracował fizycznie siedem miesięcy i urwało się, wrócił na schody przed domem, aby siedzieć w słońcu jak inni młodzi w okolicy. Tyle że nie pił jak młodzi, lecz z kulturą. Naradzili się w rodzinie i pan Rapkiewicz przypomniał sobie, że ma ule w ogrodzie. Jako kierownik owczarni w PGR produkcją miodu pasjonował się jedynie wieczorowo. Potem cała wieś poszła na bezrobotne jednego dnia, owce wywieźli, ze zwierząt zostały więc Rapkiewiczowi tylko pszczoły, które nagle znielubił. W okolicy ziemia zrobiła się niczyja, nikt nic nie siał, nie było sensu pszczelarzyć. I nie było na cukier, żeby dać pszczołom na zimę w zamian za miód, który się od nich wzięło. Bez słodkości owad zimy nie przeżyje.

Ale że pszczoła jakieś tam pieniądze umie przynieść, to wróciła do łask Rapkiewicza i na cukier się znalazło. Tylko kobiecie wciąż owczarni żal.

Pan Rapkiewicz zapuścił silnik od pralki Frania zręcznie wymontowany i przerobiony na napęd do miodarki. Miodarka to wirujący bęben, wyciskający miód z gniazdek wosku, zwanych węzami. Silnik napędza u Rapkiewicza ogromny blaszany kocioł własnej roboty, kocioł się kręci, a rurką na dole ścieka do wiaderka miód. Jacek nabiera próbkę do swoich słoików. W Leśnym Dworze odda go do analizy. Laborant zbada zawartość wody, przewodzenie elektryczne i inne rzeczy.

W tym roku pan Rapkiewicz robi już czwarte miodobranie. Ubrany na biało syn, jak należy chodzić do pszczół, przyniósł węzy z uli do miodarki. – Sama węza, tatuś – pokazał pod światło, że miodu mało.

Rapkiewicz sprzeda Jackowi swój miód po takiej cenie, że obaj będą zadowoleni. Jak Rapkiewicz sprzeda miód, to pan Buchholtz pewnie też, bo tak to już jest. Kilka lat temu pan Buchholtz zajrzał do Rapkiewicza i jako mechanik urządzeń od progu pojął zasady działania miodarki. Zrobił sobie podobną, tylko z innym silnikiem, bo nie miał od Frani.

Pszczoły i ludzie
część druga

Miód był dobry i leczył, więc pszczoła została świętym owadem. Hinduski Wisznu wyglądał na obrazkach jak błękitna pszczoła. W Egipcie nauczyli się robić ule z gliny i mułu nilowego. Podpatrzyli to Żydzi, wtedy przebywający w ziemi egipskiej w domu niewoli i wyrabiali potem ule ceramiczne. Grek Arystoteles sklasyfikował pszczoły na włochate z lasu i takie z ziem uprawnych. Świętemu Ambrożemu, kiedy był mały, rój pszczół usiadł na ustach. Ojciec chłopca ucieszył się, że syn będzie miodousty, czyli niezwykle wymowny. Ambroży nie miał wyjścia i został biskupem Mediolanu, a potem patronem pszczelarzy.

Dawni Słowianie potrzebowali dużo miodu do jedzenia, picia i składania ofiar bogu z czterema głowami. Ten bóg, a także inni – mniej ważni – obżerali się miodem. Na przykład w święto Kupały należało wlać mnóstwo miodu do ogniska, bo bogowie przepadali za miodem filtrowanym przez ognisko. Ibrahim Ibn Jakub, przedsiębiorca arabski, założył nawet przedstawicielstwo w kraju księcia Mieszka I, bo było tu dużo mięsa, miodu i ziemi ornej.

Miodu w całej Europie dostarczali tajemniczy faceci zwani bartnikami.

Pan Kasztelewicz ze Stróż

Janusza Kasztelewicza pszczelarze nazywają królem miodu. Kasztelewicz z żoną prowadzą firmę Sądecki Bartnik, jedno z największych gospodarstw pasiecznych w kraju, pierwsze, które po wybuchu wolnego rynku weszło do sklepów spożywczych z własną etykietą i znakiem firmowym. Przed wolnym rynkiem miód od pszczelarzy skupowały spółdzielnie ogrodnicze i same firmowały go w sklepie. Mogła być z tego zadowolona większość polskich pszczelarzy, mających po kilka uli przy domu. Z góry wiedziało się, że spółdzielnia miód weźmie, ile zapłaci i święty spokój. Gorzej dla tych co jak pan Kasztelewicz myśleli w miodowej makroskali, w dodatku jako niekochana inicjatywa prywatna. Między pszczelarzem zawodowym a hobbystą jest taka różnica jak między rybakiem a wędkarzem. Dwadzieścia lat temu pszczoły dawały niezłe pieniądze na boku. Wracał sobie do domu pan kolejarz albo księgowy i odpoczywał przy pracy w pasiece nawet nie czując, że zarabia na samochód albo lodówkę. Firma Pszczelarska

Dawno temu mama Janusza Kasztelewicza kupiła od starego pszczelarza jeden ul, jedną rodzinę pszczelą, żeby był w domu miód na lekarstwo. Janusz latał po pasiece w sitku do mąki przymocowanym na głowie i był zachwycony. Potem technikum w Pszczelej Woli, jedynej pszczelarskiej szkole w Polsce, studia i mama musiała wziąć kredyt na powiększenie pasieki. Pracował w spółdzielni w Nowym Sączu jako inspektor do spraw pszczelarstwa, ale było ich tam trzech zapaleńców, więc ciągle o pszczołach rozmawiali. Ludzie stukali się w głowy, kiedy odszedł na swoje, żeby nadać prywatnym pszczołom jakiś sens. – W tym pokoju rozlewaliśmy miód do słoików, a na werandzie stał mieszalnik – wspomina pan Kosztołowicz.

Sens był strasznie męczący. Ciężarówka, świt, towar, Warszawa, dzień, wąskie ulice, Nowy Sącz, Stróże, noc, dwie godziny snu, świt, miód, droga, kawa, supermarket. Teraz jest spokojniej. Kilka samochodów ze znakiem zakręconej pszczoły. Produkcja miodu, pyłku i mleczka pszczelego, wosku, miodu pitnego, sztuczne zapładnianie i sprzedaż matek pszczelich, własna pszczelarska biblioteka, wydawnictwo i skansen pszczelarski, wystawy na targach zdrowej żywności.

Latem rano ciężarówki ze znakiem zakręconej pszczoły na burtach jadą w teren do dostawców miodu. Na pace puste beczki i słoiki na próbki, zupełnie jak u Jacka z Leśnego Dworu. Zachwyt pszczołami ten sam, tylko czasu mniej, bo terminy gonią.

Pszczoły i ludzie
część trzecia

Bartnik łaził po prastarym lesie i patrzył, w którym pniu mieszkają pszczoły. Miał poważanie wśród społeczeństwa. Przynosił miód, ale jakoś nie ginął od żądeł. W tym musiała być magia. Więc bartnika pytano, jak żyć. Miał poważanie także na dworach. Dawał miód, za co mógł wchodzić do lasu z bronią. Nie musiał przysięgać na Biblię w sądach. Według prawa złodziejowi miodu z barci należało przybić jelita do drzewa i przegonić naokoło, żeby się zapętliły.

Bartnicy dużo z przyrody rozumieli. Z czasem wpadło im do głowy, żeby samemu robić dziury dla pszczół w drzewach. Dotąd robiły to tylko dzięcioły i pioruny. Teraz bartnik windował się na konopnym sznurze na wysoką gałąź i dział dzienie, czyli właśnie dłubał te dziury. Bartnicy dzielili pszczoły, jak dzisiaj barowi podrywacze kobiety. Małe czarne były fajniejsze, dobre do miodu. Duże żółte były leniwe.

Kiedy któregoś dnia piorun zwalił na ziemię kawał pnia bartnego, bartnik po namyśle zabrał pień do domu. Tak narodził się ul, a wyginęła profesja bartnika.

Pan Nowak z Kamiannej

Dziadek i tata Jacka Nowaka byli pszczelarzami z zamiłowania i filozofii życiowej, więc młody chciał zostać marynarzem. Przeznaczenie dogoniło go w szkole morskiej. Nie przyjmowali okularników, został pszczelarzem. Co więcej w jednej chwili uznał, że jest w tej robocie zakochany. Niech się inni trzęsą na morzach. Poszedł do technikum w Pszczelej Woli, potem razem z żoną Emilią, zootechnikiem, założyli w Kamiannej pasiekę Barć. Dają pracę u siebie prawie wszystkim ludziom ze wsi. Sprzedają miód, specyfiki do apiterapii, czyli leczenia produktami pszczelimi, i hodują pszczele matki.

W Kamiannej los zetknął Nowaka z księdzem Henrykiem Ostachem, jedną z bardziej kontrowersyjnych i wielobarwnych postaci polskiego pszczelarstwa. Ksiądz Ostach został wybrany na prezesa Polskiego Związku Pszczelarskiego dwa tygodnie przed stanem wojennym i choć, jak mówi, popierał go episkopat, niektórzy duchowni mieli mu za złe, że układa się z władzą w czasie, kiedy z władzą się walczy. Ostach zasłynął nieokiełznanymi ambicjami. W Kamiannej budował domy pszczelarza i tworzył światowe centrum apiterapii. Jako prezes jeździł po świecie od Tokio po Moskwę. W 1987 r. organizował w Warszawie światowy kongres pszczelarzy, taki z laserami i salwami artyleryjskimi.

Mam w sobie upór poznaniaka – mówi o sobie dzisiaj, już będąc na emeryturze. – Wszędzie przedstawiałem się jako ksiądz, syn powstańca wielkopolskiego. Nigdy nie ustępowałem. Jak nie udało się u wojewody, szedłem do ministra. Jak u ministra nie, to do prezydenta. Tylko że przed 1990 r. było łatwiej.

Po 1990 r. Henryk Ostach miał kłopoty. Nie było z czego spłacać kredytów na budowę w Kamiannej, zobowiązań finansowych wobec Polonusów, których miał plan ściągać na starość do pięknej górskiej miejscowości w kraju. Stary dom pszczelarza obracał się w ruinę, budowa nowego utknęła. Nagle ksiądz musiał spokornieć, przykręcić ambicje jak knot w lampie naftowej. Dziś rezyduje w Kamiannej, z okien ma widok na niedokończone fundamenty. Światowe centrum apiterapii przemianowano skromnie na kamiańskie.

Domem Pszczelarza zarządza żona pana Nowaka, podniosła go z upadku. Pasieką, sklepem i laboratorium zarządza Nowak. Na wizytówce wypisane ma pozdrowienie: miodu w życiu, miodu w pasiece. A ksiądz Ostach opowie czasem turystom, jak bardzo pracowitym owadem jest pszczoła, dzięki której w Wielką Sobotę palą się świece na ołtarzu.

Pszczoły i ludzie
część czwarta

Długo człowiekowi zajęło, zanim zrozumiał rzeczy fundamentalne. Po pierwsze: to nie człowiek udomowił pszczołę, tylko pszczoła toleruje człowieka. Po drugie: ul to doskonale zorganizowane, samowystarczalne społeczeństwo. Właściwie dziwne, że pszczoły zgadzają się, aby zabierać im miód, a dawać słodkie kryształki z buraka.

Ul to społeczeństwo damskie, jak w filmie „Seksmisja”. Truteń nic nie robi, tylko zapładnia królową. Jest to jego jedyna radość w życiu. Bezpośrednio potem umiera. Prof. Jerzy Wilde z Zakładu Pszczelnictwa w Olsztynie mówi, że ta śmierć czyni z trutnia dżentelmena. Jeśli truteń przyjdzie na świat pod koniec lata, szanowne koleżanki wywalą go z ula, żeby nie zajmował miejsca zimą. U pszczół tylko królowa rodzi i jedno zapłodnienie starcza jej nawet na pięć lat składania jaj. Codziennie składa kilka tysięcy. Inne dziewczyny w ulu rezygnują z rodzenia na rzecz pracy dla królowej. Pilnują ula przed pszczołami rabusiami, które kradną miód. Zbierają nektar i pyłek. Robią miód. Tańczą w powietrzu pokazując koleżankom, gdzie jest najwięcej nektaru. Czyszczą i polerują gniazdka węzy, żeby matka mogła złożyć tam jajka. Do brudnych nie złoży. Dają matce jeść. Świta królowej dotykiem przekazuje innym pszczołom wiadomości o ukontentowaniu królowej. Jeśli jest pod wrażeniem, robotnice są spokojne. Jeśli się królową z ula zabierze, wściekają się.

Biada matce, która jest mało wydajna. Społeczeństwo jej nie daruje. Ze złożonych przez nią jajek w dalekiej części ula wyhoduje nową królową. Kiedy przyjdzie czas, nastąpi cicha podmiana. Młoda królowa wyleci z ula zająć sobą przez parę chwil trutnie. Może być i tak, że stara dowie się o puczu. Żeby nie dać się zabić, ucieknie ze świtą z ula i stworzy nową rodzinę. Wyrojone pszczoły usiądą wielką czarną kulą na pobliskim drzewie. Człowiek przystawi drabinę i będzie się starał je ściągnąć.

Prof. Wilde z Olsztyna

Jerzy Wilde, w dziedzinie pszczół autorytet i żywa pasja, napisał wspólnie z innym pszczelarzem, wiceprezydentem Olsztyna, książkę pt. „Pszczelarstwo, to może być biznes”. Wyliczają ten biznes matematycznie. Podczas kiedy Chińczycy produkują miód bez udziału pszczół i zalewają nim światowe rynki, polscy pszczelarze, którzy chcieliby zarobić, mają do dyspozycji ekologiczne plenery. Tylko że nowoczesne pszczelarstwo towarowe to nie jest kilka stacjonarnych uli za domem, ale kilkaset podróżujących wraz z gospodarzem po kraju za kwitnącymi roślinami. Poza tym czas wreszcie potraktować miód jako jeden z produktów. Trzeba też zbierać pyłek – bombę witaminową, propolis – doskonały na oparzenia, mleczko pszczele – mające zasługi w leczeniu prostaty, wosk. Na tym wszystkim da się zarobić.

Pszczelarze przyjęli tę książkę, jakby to były szatańskie wersety – mówi Wilde, szef Zakładu Pszczelnictwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Mam u nich przechlapane.

Bo polskie pszczelarstwo jest dla jednych romantyczne, dla innych przestarzałe. Są tacy, którzy pszczelarzą dla przyjemności i celebrują to. Taki Jan Kelus, kiedyś bard opozycji, wchodzi do swojej mazurskiej pasieki ubrany w biały kaftan haftowany w kwiatki, a o pszczołach mówi per motyle.

Ale z drugiej strony są pszczelarze, którzy klną, że nie mają zbytu, że przestało się opłacać. Tym drugim, niezrażony brakiem sympatii z ich strony, prof. Wilde dedykuje swoją książkę.

Pszczoły i ludzie
część piąta

Sto pięćdziesiąt lat temu austriacki pszczelarz Franciszek Hruschka wysłał parobka z plastrami miodu z pasieki do domu. Parobek był bardzo młody, więc idąc robił torbą młynki nad głową. Miód siłą odśrodkową wyciekał z węzy. Hruschka zastanowił się nad tym i wynalazł miodarkę. Mniej więcej tak skomplikowaną jak ta, którą pan Buchholtz spod Nidzicy zaobserwował u sąsiada pana Rapkiewicza.

Charles Dadant, od którego rozpoczęła się działalność wielkiej firmy wyrabiającej przybory pszczelarskie, wieszał się na emigracji w Stanach. Chciał uciec od biedy. Nie odkopnął jeszcze stołka, kiedy wszedł syn i oznajmił, że na pobliskim drzewie usiadł rój. Dadant zdjął pszczoły i stał się dzięki nim bogaty.

Ksiądz Dzierżon, zwany Kopernikiem pszczelarstwa, odkrył, w jaki sposób rodzą się trutnie, a w jaki pszczoły robotnice. Podobnie jak Kopernik czekał na uznanie tego odkrycia przez oficjalną naukę pół wieku.

Dwa przykłady obecności miodu w literaturze: 1) wesoły pijak pan Zagłoba mówi, racząc się miodem pitnym: „wiedział Pan Bóg po co pszczoły stworzył”. 2) Z procesu myślowego Najgłupszego Misia na Świecie: „jedyny powód bzykania jaki ja znam, to ten, że się jest pszczołą”.

Scena bardzo współczesna. Przedstawiciel gospodarstwa pasiecznego przyjeżdża do supermarketu z towarem. Najpierw długo czeka pod deprymującym spojrzeniem kamery przemysłowej. Potem czeka jeszcze dłużej. Przychodzi pracownik i prosi go do biura na rozmowę do menedżera. Menedżer zna tylko język francuski, bo to jest francuski supermarket. Tego akurat języka dostawca nie zna. Mija czas. Płynie pot. Wreszcie miód jest na półkach. Dwa i pół tysiąca złotych za jeden produkt ustawiony na półce płaci pasieka. Plus co miesiąc sumka za udział w ulotkach reklamowych, które licealiści rozłożą pod drzwiami mieszkań na osiedlu.

Pan Sułowski spod Ostródy

Rano pan Sułowski wsiadł na rower z ramą i pojechał sześć kilometrów do pasieki pod lasem. Pochodził, porobił co trzeba, pozachwycał się pszczołami, pomyślał do zachodu słońca. Wsiadł na rower z powrotem i zasnął. Przez jakiś czas rower jechał siłą rozpędu, ale wreszcie, jak to było do przewidzenia, pan Sułowski obudził się na asfalcie. Najbardziej klął na ramę, bo lecąc z roweru usiłował machinalnie przełożyć nogi, co mu się oczywiście nie udało. Pan Sułowski kupił sobie damkę.

Jacek Pieńkos z Leśnego Dworu ładuje siedem pełnych beczek miodu z pasieki Sułowskiego na ciężarówkę z niedźwiedziem na burcie. Prima sort miód. Ciężarówka ma specjalny dźwig, dlatego była tania. Poprzedni właściciel nie przypuszczał, że komukolwiek taki dźwig się przyda. Gdyby dźwigu nie było, Jacek musiałby go zakładać za wielkie pieniądze.

Przyszedł Kazik, syn pana Sułowskiego, ze swojego sklepu spożywczego opodal. Syn, prywatnie humorysta i piwosz, kupił sklep kilka lat temu za pieniądze z pasieki taty. Potrafi to docenić, bo wieś biedna, popegeerowska. Tak się nawet zastanawia, czy by ojcu przy pszczołach nie pomóc i przejąć kiedyś interes. Jeśli dotychczas się nie kwapił, to dlatego, że pszczoły żądlą.

Musiałbym mieć taki specjalny kombinezon, dymiarkę, siatkę na twarz – wylicza Kazik, by po chwili odpłynąć w marzenia. – A w ustach rurkę podprowadzoną do zbiornika na plecach. W zbiorniku piwo.

KRÓL MIODU

sobota, Lipiec 3rd, 2010

Król Miodu

Polscy pszczelarze dzielą się na romantyków i biznesmenów. Romantycy traktują to zajęcie jak przyjemne hobby. Biznesmeni wiedzą, że nowoczesne pszczelarstwo towarowe to nie przydomowa pasieka z kilkoma ulami za oknem, ale kilkaset uli podróżujących po kraju wraz z gospodarzem w poszukiwaniu kwitnących roślin.

Skąd pochodzi pszczółka Maja? Oczywiście, ze Stróż. Do tej małej miejscowości koło Grybowa przyjeżdżają dzieci z całej Polski.

W gospodarstwie pasiecznym Anny i Jana Kasztelewiczów przygotowano dla nich multimedialną wystawę na temat sekretów ula. Ta ekspozycja, kończąca stworzoną specjalnie dla młodzieży ścieżkę edukacyjną na temat pszczelarstwa, została niedawno nagrodzona godłem „Teraz Polska” w kategorii najbardziej atrakcyjnych usług turystycznych.

O Januszu Kasztelewiczu, właścicielu firmy „Sądecki Bartnik”, inni pszczelarze mówią – „król miodu”. Nie tylko dlatego, że produkuje miód na przemysłową skalę. Nie tylko dlatego, że produkty z jego pasieki znajdują się na półkach hipermarketów. Przede wszystkim dlatego, że Kasztelewicz jest pasjonatem swojego zawodu, wielkim miłośnikiem pszczół i doskonałym menedżerem. Na kilkunastohektarowym terenie ma jedno z największych w kraju gospodarstw pasiecznych, wydawnictwo specjalizujące się w tematyce pszczelarskiej, Muzeum Pszczelarstwa z unikalną kolekcją uli, stylową restaurację, przytulny hotelik, a nawet mały zwierzyniec.

Przygoda Janusza Kasztelewicza z pszczelarstwem zaczęła się w dzieciństwie. – Z czasem tak mnie wciągnęła, że nie mogłem się od tego zajęcia oderwać. Większość znanych pasiek szczyci się wielopokoleniową historią. Pasieki to rodzinne biznesy – podkreśla Kasztelewicz.

W jego rodzinie pasiekę założyła matka, która traktowała miód jak lekarstwo. Kupiła więc od sąsiada pszczelarza ul i jedną pszczelą rodzinę, żeby mieć zawsze pod ręką cenny produkt. Jednak podwaliny pod prawdziwe pasieczne gospodarstwo zbudował Janusz Kasztelewicz. Po ukończeniu technikum w Pszczelej Woli, jedynej szkoły uczącej tego zawodu w Polsce, po studiach w poznańskiej Akademii Rolniczej, wziął razem z matką kredyt na powiększenie pasieki. Firma „Gospodarstwo Pasieczne Sądecki Bartnik” powstała w 1978 roku. Była rodzinną pod każdym względem. Miód do słoików rozlewali w jednym z pokojów domu, w którym mieszkali. Mieszalnik stał na werandzie.

Kasztelewicz pracował wtedy na etacie w spółdzielni w Nowym Sączu. Rozmawiali z kolegami niemal wyłącznie o pszczołach. Było tam trzech takich jak on miłośników pożytecznych owadów. W przydomowych ogródkach każdy miał kilka uli. Miód skupowały spółdzielnie ogrodnicze, które sprzedawały go pod własną firmą. Większość pszczelarzy była z tego zadowolona, bo z góry wiedzieli, że spółdzielnia miód weźmie, zapłaci i będą mieć święty spokój. W tamtych czasach na miodzie można było dorobić do pensji. Nieźle dorobić. Mieszkańcy okolic Grybowa, którzy na co dzień pracowali jako kolejarze, księgowi, urzędnicy, po pracy szli do pasieki. W ten sposób zarabiali na samochód lub lodówkę.

Janusz Kasztelewicz już za komuny myślał o produkcji miodu na większą skalę, ale wiadomo, tamte czasy nie sprzyjały prywatnej inicjatywie. Tym bardziej w makroskali. Musiał więc poczekać z realizacją swoich planów. Za to, gdy nastała era wolnego rynku, zaraz na początku lat 90., jego miód jako pierwszy pojawił się w hipermarketach z etykietą i znakiem firmowym „Sądeckiego Bartnika”.

Tamten, pionierski okres działalności firmy wspomina jako ciężką harówkę.

Wychodził z domu w nocy. Ładował towar na ciężarówkę. Potem była długa droga przez Nowy Sącz do Warszawy. Po drodze dwie godziny snu, kawa, supermarket, kawa i z powrotem do Stróż. Zmiana stroju i praca w pasiece. Teraz jest spokojniej, co nie znaczy wolniej. Nie na darmo znak firmowy „Sądeckiego Bartnika” to tańcząca, wirująca lub, jak kto woli, zakręcona pszczoła.

Zakręcony na punkcie pszczół jest na pewno Janusz Kasztelewicz. Potrafi godzinami opowiadać o ich zwyczajach, rodzajach miodu, o zagrożeniach, jakie dla pszczelich rodzin stanowią herbicydy i środki owadobójcze. W pszczelarskim środowisku Kasztelewicz jest autorytetem. Nic więc dziwnego, że to właśnie w Stróżach, na początku lipca, wyznaczają sobie spotkanie pszczelarze z całej Polski. „Biesiada u Bartnika” jest okazją do wymiany doświadczeń i poglądów. Sprzyja konsolidacji pszczelarskiego świata. Sam Kasztelewicz przez 26 lat piastował funkcję prezesa Wojewódzkiego Związku Pszczelarzy.

Przedstawiciele tego zawodu są coraz lepiej zorganizowani. Tworzą związki, stowarzyszenia, lobbują na rzecz rozwoju specjalistycznego szkolnictwa, poradnictwa. Szanujące się pasieki pozostają pod stałym nadzorem inspekcji sanitarnej i weterynaryjnej. Konkurują między sobą pod względem jakości oferowanych produktów, ale także oceniają się nawzajem, starając się eliminować przypadkowych pseudoproducentów. W tej gałęzi gospodarki jest bodaj najmniej wzajemnych animozji i zawiści między producentami. Wszak bartnik był nie tylko jednym z pierwszych w historii, świadomych hodowców, ale też symbolem człowieka pracowitego, szlachetnego, uczciwego.

Pszczelarze starają się współpracować ze sobą tak, jak to robią w swoim świecie pszczoły. Dowiedli tego w latach 2006-2008. Były to dla nich ciężkie czasy. W 2006 roku większość uli w kraju opustoszała. Pszczoły nie przetrzymały wyjątkowo surowej zimy. Lato 2005 roku było deszczowe, nie zebrały więc wystarczającej ilości nektaru z kwiatów, by przetrwać mroźne miesiące. Wielu hodowcom
groziło bankructwo.

Karpacki Związek Pszczelarzy z siedzibą w Nowym Sączu poprosił wówczas Ministerstwo Rolnictwa o interwencję w sprawie polskiego bartnictwa w Brukseli. Chodziło o zgodę na import tanich rodzin pszczelich z Ukrainy. Bruksela zakazała sprowadzania pszczół spoza obszaru UE, obawiając się, że wraz z nimi przyjedzie groźny owad – żuczek ulowy.

Polscy pszczelarze wyszli z kryzysu obronną ręką dzięki temu, że w następnych latach pogoda sprzyjała produkcji miodu.

- W pszczelarstwie jest raz lepiej, raz gorzej. Wszystko zależy od tego, jak przezimowały rodziny pszczele. Zima w tym roku była łaskawa dla pszczół. Jednak mam sygnały, że u jednego pszczelarza z rejonu Rzeszowa z 60 rodzin pszczelich zostało tylko 6. Cały świat obecnie docieka, co jest powodem tego, że giną pszczoły. Mówi się, że winne są środki chemiczne, szczególnie stosowane do leczenia chorób pszczół. Leczenie choroby zwanej warozą spowodowało mniejszą odporność pszczół na wirusy i nosemę, czyli pasożyt jelita cienkiego pszczół. Wywołuje słabe przyswajanie pokarmu i biegunkę. To tak, jakby pszczoła miała tasiemca. Je, ale nie ma z niej pożytku – wyjaśnia Janusz Kasztelewicz.

Tegoroczne prognozy dla pszczelarstwa nie są pomyślne. – Jest za mało słońca. W ulach w taką pogodę wszystko odbywa się wolniej niż zwykle. Będzie, zatem, mniej produktów z ula. Braknie miodu z rzepaku, jedna trzecia akacji też już przepadła – mówi Janusz Kasztelewicz.

Przeciętny polski konsument kupuje najwięcej miodu wielokwiatowego. – Tak jest od lat – potwierdza Kasztelewicz. – Trudno się jednak dziwić, skoro miód spadziowy czy wrzosowy jest 2,5 razy droższy. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że miód wielokwiatowy nie jest wcale gorszy, jest porównywalny pod względem wartości leczniczo-odżywczych.

Miód spadziowy, uważany za miodową elitę, jest chimeryczny.

- Są lata, kiedy jest go bardzo dużo i trudno nadążyć z wirowaniem. Bywają też takie, że nie ma go wcale. W ubiegłym roku spadź występowała tylko miejscowo. Trochę było na Pogórzu Ciężkowickim i od Grybowa, Krynicy w kierunku wschodnim. Trochę też było na Kielecczyźnie. W rejonie Myślenic i Bielska nie było wcale. W 2008 r. natomiast w woj. bielskim zebrano sporo miodu spadziowego – opowiada Kasztelewicz.

Prognozować spadziowe zbiory jest bardzo trudno. – Kiedyś się mówiło, że to zależy od aktywności plam na słońcu. Mówiło się też, że jak są powodzie w maju, to będzie dobry rok dla miodu spadziowego. Te prognozy sprawdzają się w ok. 50 procentach – zaznacza mój rozmówca.

W pszczelarstwie stosuje się obecnie nowoczesne metody monitorowania zasobności terenu w spadź czy nektar kwiatowy. Ule stawia się na specjalnej wadze wyposażonej w komputer. Właściciel pasieki kilka razy dziennie otrzymuje SMS-y lub e-maile o wyniku ważenia. Gdy jest dużo pokarmu dla pszczół, wówczas w ciągu dnia waga ula może się zwiększyć nawet o 2 kg. Natomiast, gdy przy dobrej pogodzie już niewiele przybywa na wadze, to sygnał dla pszczelarza, że trzeba ule przewieźć w inne miejsce.

Prof. Jerzy Wilde z Katedry Pszczelnictwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, w książce „Pszczelarstwo, to może być biznes”, wylicza matematycznie, ile
można zarobić.

Jego zdaniem polscy pszczelarze dzielą się romantyków i biznesmenów. Romantycy traktują to zajęcie jak przyjemne hobby. celebrują czynności konieczne do wykonania w pasiece. – Taki Jan Kelus, kiedyś bard opozycji, wchodzi do swojej mazurskiej pasieki ubrany w biały kaftan haftowany w kwiatki, a o pszczołach mówi per „motyle” – opowiada prof. Wilde. Biznesmeni to ci, którzy wiedzą, że nowoczesne pszczelarstwo towarowe to kilkaset uli podróżujących po kraju wraz z gospodarzem, w poszukiwaniu kwitnących roślin. To ci, którzy traktują miód jako jeden, a nie jedyny pszczeli produkt. – Trzeba zbierać pyłek – bombę witaminową, propolis – doskonały na oparzenia, mleczko pszczele – mające zasługi w leczeniu prostaty, wosk. Na tym wszystkim da się zarobić – mówi znawca pszczelego biznesu.

Prof. Wilde podkreśla, że polscy pszczelarze mają tę przewagę nad producentami miodu z innych, wyżej zurbanizowanych krajów, iż w Polsce wciąż jest sporo terenów ekologicznie czystych.

- Chiński miód, produkowany bez udziału pszczół, którymi zalane są światowe rynki, coraz gorzej się sprzedaje. Nawet mniej zamożny konsument woli zapłacić więcej za miód z prawdziwej pasieki z terenów czystych ekologicznie, niż kupować coś, co jest słodkie, ale nie ma smaku prawdziwego miodu – mówi specjalista z Olsztyna.

Prof. Ryszard Czarnecki z Collegium Medium UJ, ekspert z dziedziny apiterapii, na pytanie, co może miód, długo wymienia zalety. Wzmacnia, uodparnia, regeneruje, oczyszcza organizm. Może nawet być stosowany jako lek przeciwbólowy! W pediatrii i w geriatrii.

- Paradoksem jest to, iż mimo dostępności produktów pszczelich społeczeństwo nie ma dostatecznej świadomości ich znaczenia w utrzymaniu zdrowia, profilaktyce i leczeniu wielu chorób cywilizacyjnych i nie wykorzystuje miodu należycie – uważa prof. Czarnecki.

Janusz Kasztelewicz, właściciel „Sądeckiego Bartnika”, wziął sobie do serca słowa prof. Czarneckiego. Wystarczy wejść do sklepu z produktami pszczelimi położonego na terenie jego królestwa. Półki dosłownie się uginają. Są tam słoje miodu, charakterystyczne, pękate butelki miodów pitnych (jeden z nich zdobył nagrodę na targach we Francji), słoiki z pyłkiem, pierzgą, mleczkiem pszczelim itp., itd. Na tym nie kończą się działania marketingowe Janusza Kasztelewicza mające spopularyzować nie tylko produkty pszczele, ale także zawód pszczelarza. Prawdziwy zachwyt tych, którzy odwiedzą Stróże, budzi Muzeum Pszczelarstwa, gromadzące zabytkowy sprzęt pszczelarski i zbiór unikatowych uli figuralnych i skrzynkowych, które małżeństwo Kasztelewiczów kupiło od znanego krakowskiego pszczelarza Bogdana Szymusika. W muzeum odbywają się m. in. warsztaty dla młodzieży szkolnej.

Od niedawna odwiedzające Stróże masowo wycieczki szkolne mają dodatkową atrakcję. To nagrodzona godłem „Teraz Polska” w kategorii najbardziej atrakcyjnych usług turystycznych – ścieżka edukacyjna „Wielka przygoda z małą pszczołą”, która kończy się interaktywną wystawą pt.: „Sekrety ula”.

Janusz Kasztelewicz jest także mecenasem sztuki. Oczywiście, z pszczołą w roli głównej. W tym roku już po raz trzeci organizuje konkurs, którego celem jest „artystyczna kreacja i dokumentacja fotograficzna szeroko pojętej tematyki związanej z pszczelarstwem”. W konkursie biorą udział amatorzy i profesjonaliści. Najlepsi otrzymują atrakcyjne nagrody. Ich fotografie są publikowane w licznych wydawnictwach. Gospodarstwo Pasieczne „Sądecki Bartnik” Anny i Janusza Kasztelewiczów od kilku lat wydaje książki i produkuje filmy o tematyce pszczelarskiej. W księgarni znajdującej się na terenie firmy można kupić m. in. płytkę DVD ze słynnym filmem „Milczenie pszczół”. Ten wstrząsający w swojej wymowie dokument, wyemitowany dwa lata temu przez jeden z kanałów przyrodniczych, opowiada o zagładzie pszczół w USA, gdzie w ciągu zaledwie 6 miesięcy z niewiadomych powodów zginęło 80 proc. populacji pszczół miodnych. Naukowcy dowodzą, że zagrożone są nie tylko amerykańskie gatunki, lecz także europejskie i azjatyckie. Według niektórych czarnych przepowiedni wymarcie pszczół z terenów USA jest tylko zapowiedzią zbliżającej się ogólnoświatowej katastrofy.

Źródło: Dziennik Polski, GRAŻYNA STARZAK

XIX Biesiada u Bartnika STRÓŻE 2010

niedziela, Czerwiec 20th, 2010

XIX Biesiada u Bartnika

XIX Biesiada u Bartnika

Gospodarstwo Pasieczne „Sądecki Bartnik”, Stowarzyszenie „Nasza Ziemia Grybowska” oraz Karpacki Związek Pszczelarzy pod honorowym patronatem Marka Sawickiego, Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi organizują w dniach 3–4 lipca 2010r Biesiadę.

PROGRAM  BIESIADY
3.07.2010 r. SOBOTA

09.00 Konferencja pszczelarska „Masowe ginięcie pszczół – światowy problem pszczelarstwa” (program konferencji)

16.00
Część biesiadna:

  • I Ogólnopolski Turniej Pasiek o puchar „Sądeckiego Bartnika”
  • pokaz miodobrania
  • o walorach produktów pszczelich mówić będzie prof. dr hab. Ryszard Czarnecki
  • występ zespołu regionalnego „Mali Mystkowianie”
  • występ Kabaretu „Truteń”
  • koncert grupy muzycznej „Paradoks” – biesiadowanie przy ognisku

21.30 „Noc św. Ambrożego” – widowisko nocne „Miodowe mikstury dla ciała i ducha”


4.07.2010 r.   NIEDZIELA

09.00 Wystawa, kiermasz, loteria fantowa

09.30 „Aktualne problemy pszczelarstwa”- Janusz Kasztelewicz

10.00 „Czy Nosema Ceranae zagraża naszym pszczołom?” – dr hab. Paweł Chorbiński

10.30 Występ Zespołu Szkockich Dudziarzy „Pipes & Drums” z Częstochowy-część I

11.00 Uroczyste otwarcie Biesiady:

  • przywitanie gości
  • wystąpienia oficjalne i wręczenie odznaczeń
  • prezentacja IV-tego wydania książki „Pożytki pszczele”
  • ogłoszenie wyników III Konkursu Fotograficznego „Pszczoła i jej otoczenie”, rozdanie nagród
  • podsumowanie plenerów: rzeźbiarskiego, malarskiego i karykaturzystów
  • aukcja wykonanych prac
  • rozstrzygnięcie konkursu Karpackiego Związku Pszczelarzy na najładniejszą pasiekę

12.30 0 wykorzystaniu propolisu w medycynie i kosmetyce mówił będzie prof. dr hab. Ryszard Czarnecki

14.00 Część biesiadna:
  • Zespół Szkockich Dudziarzy „Pipes & Drums” z Częstochowy – część II
  • występ Zespołu Pieśni i Tańca „Jadowniczanie”
  • występ Zespołu Ludowego „Kowalnia”
  • koncert zespołu wokalno-instrumentalnego „Omen-Band” z Krakowa
  • pokaz miodobrania połączony z degustacją

19.00 Wspólne biesiadowanie przy muzyce z zespołem „Paradoks”

Sądecki Bartnik -  XIX Biesiada u Bartnika

„Biesiada u Bartnika” jest dorocznym, pełnym atrakcji świętem producentów i konsumentów miodu.

  • W „Miodowej Spiżarni” na naszych gości czekają miody naturalne, miody pitne, kosmetyki wytworzone w oparciu o produkty pszczele i miodowe łakocie dla dzieci.
  • Czynne będą punkty gastronomiczne ze specjałami tradycyjnej kuchni regionalnej.
  • Firmowa hurtownia zaopatrzy każdego pszczelarza m. in. w: profesjonalny sprzęt, literaturę fachową, matki pszczele i węzę. Prowadzić będzie również skup wosku i propolisu.
  • W „Skansenie Pszczelarskim” prezentowane będą ule figuralne – efekty IV Pleneru Rzeźbiarskiego, wystawa prac III Konkursu Fotograficznego „Pszczoła i jej otoczenie” oraz wystawa rysunków powstałych podczas II „Pleneru Karykaturzystów”. W bieżącym roku odbędzie się również I Plener Malarski.
  • Na licznych stoiskach nabyć będzie można wyroby rękodzieła ludowego i artystycznego oraz poznać kunszt tradycyjnego rzemiosła („ginące zawody”).
  • Na wyjątkową kolekcję zabytkowych pojazdów zaprasza kolekcjoner Józef Gucwa.
  • Niecodziennym wydarzeniem będzie uczestnictwo w Biesiadzie Miss Polski 2009 Pani Anny Jamróz.

Serdecznie Państwa zapraszając prosimy o przekazanie tej informacji pszczelarzom, sympatykom pszczelarstwa, smakoszom miodu i konsumentom produktów pszczelich.

Zdjęcia z XVIII Biesiady Sądeckiego Bartnika w 2009 roku



Warning: call_user_func_array() [function.call-user-func-array]: First argument is expected to be a valid callback, 'random_footer_action' was given in /home/laki/public_html/scano/wp-includes/plugin.php on line 405
WordPress SEO fine-tune by Meta SEO Pack from Poradnik Webmastera