<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Strony Pszczelarskie w sieci &#187; emily wu</title>
	<atom:link href="http://scano.biz/tag/emily-wu/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://scano.biz</link>
	<description>Spis stron pszczelarskich w internecie. Ciekawe strony o pszczołach. Informacje na temat miodu, pyłku kwiatowego, mleczka pszczelego i wiele innych informacji.</description>
	<lastBuildDate>Fri, 27 Jan 2012 20:14:22 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3</generator>
<meta xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml" name="robots" content="noindex,follow" />
		<item>
		<title>TerroR MAO w CHINACH</title>
		<link>http://scano.biz/informacje/terror-mao-w-chinach/</link>
		<comments>http://scano.biz/informacje/terror-mao-w-chinach/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Jan 2010 00:41:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>BeeMaster</dc:creator>
				<category><![CDATA[INFORMACJE]]></category>
		<category><![CDATA[agresja chińska]]></category>
		<category><![CDATA[emily wu]]></category>
		<category><![CDATA[MAO]]></category>
		<category><![CDATA[piórko na wietrze]]></category>
		<category><![CDATA[rewolucja kulturalna]]></category>
		<category><![CDATA[terror w chinach]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://scano.biz/?p=225</guid>
		<description><![CDATA[Mietek ostatnio przeczytał książkę Ale na poważnie &#8222;Piórko na wietrze&#8221; to opowieść młodej chińskiej dziewczyny o jej życiu w czasach rewolucji kulturalnej i problemach lub raczej dramatach z tym związanych jej samej  i rodziny młodej dziewczyny.  W książce znajdziemy dramatyczne opisy tamtych czasów &#8230; Zamieszczam tu fragment który poruszył mnie bardzo mocno: &#8222;Złośliwości i docinki [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mietek ostatnio przeczytał książkę <img src='http://scano.biz/wp-includes/images/smilies/icon_smile.gif' alt=':)' class='wp-smiley' /> </p>
<h2>Ale na poważnie &#8222;Piórko na wietrze&#8221; to opowieść młodej chińskiej dziewczyny o jej życiu w czasach rewolucji kulturalnej i problemach lub raczej dramatach z tym związanych jej samej  i rodziny młodej dziewczyny.  W książce znajdziemy dramatyczne opisy tamtych czasów &#8230;</h2>
<p>Zamieszczam tu fragment który poruszył mnie bardzo mocno:</p>
<p>&#8222;<em>Złośliwości i docinki przeniosły się wkrótce ze szkoły na ulicę. Czerwone dzieci czekały na mnie po lekcjach i łaziły za mną krok w krok, wyzywając od „małych prawicowców&#8221; i „małych śmier­dzieli dziewiątej kategorii&#8221;. Rozróżniano dziewięć rodzajów wro­gów klasowych: obszarników, kułaków, kontrrewolucjonistów, ele­ment społeczny, prawicowców, zdrajców, szpiegów, kroczących drogą kapitalizmu oraz intelektualistów- plasujących się na ostat­nim miejscu tej skali. Mao określał inteligencję mianem „śmier­dzieli dziewiątej kategorii&#8221;.<br />
Patrzyłam przed siebie i nie zwalniałam kroku. Demonstrowana przeze mnie obojętność tylko rozzuchwaliła prześladowców. Pod­chodzili coraz bliżej, okrążali mnie, osaczali. Niektórzy nawet pluli.<br />
Im brutalniej toczyła się rewolucja kulturalna w świecie doros­łych, tym gwałtowniej reagowały dzieci. W drodze powrotnej ze szkoły dzień w dzień widywałam czerwonogwardzistów pędzących kobiety i mężczyzn jak bydło &#8211; hunwejbini lżyli swoje ofiary, bili pięściami, ciskali je na kolana, kazali im recytować myśli prze­wodniczącego Mao albo składać samokrytykę. Tłumy dorosłych i dzieci obserwowały ten żałosny spektakl ludzkiej niedoli z szy­derczym okrucieństwem i pogardą.<br />
Któregoś dnia ruszyła za mną w pościg cała sfora dręczycieli. Dopadł mnie jakiś chłopak i wyrżnął w plecy na odlew. Straciłam dech w piersi.<br />
-    Prawicowy śmierdziel! Prawicowy śmierdziel! &#8211; dziewczyna<br />
darła się jak opętana i biegała w kółko.<img class="alignright" title="piórko na wietrze" src="http://www.sklep.anhor.com.pl/files/imagecache/product/piorko+na+wietrze.jpg" alt="" width="197" height="280" /><br />
Chłopak znów przypuścił atak i walnął mnie w tył głowy.<br />
-    Ty głupia dziewucho! &#8211; wrzasnął. &#8211; Wynocha z naszej szkoły!<br />
Dzwoniło mi w uszach. Chodnik falował pod stopami. Spojrza­łam na chłopca &#8211; zobaczyłam w jego twarzy nienawiść pomieszaną z euforią.<br />
Dziewczyna wyrwała mi tornister. Wysypała książki i zeszyty na ulicę. Podniosłam teczkę i zaczęłam gorączkowo zgarniać rozwłó-czoną wokół zawartość. Jedna kartka wciąż wymykała mi się z rąk.<br />
-    Patrzcie tylko na tę pląsającą kretynkę &#8211; krzyknął chłopak,<br />
a reszta zawtórowała mu jeszcze głośniejszym rechotem.<br />
Z tłumu wyłoniła się inna dziewczyna, której twarz dosłownie pałała nienawiścią. Przydepnęła kartkę i wyrwała mi z głowy garść włosów. Upadłam na beton. Po chwili odzyskałam równowagę i zaczęłam upychać w tornistrze powalane błotem zeszyty. Dziew­czyna i jej koledzy stanęli wokół mnie w szerokim rozkroku, z groźnie wysuniętymi szczękami. Oparli ręce na biodrach i dali do zrozumienia, że nie wypuszczą mnie z kręgu. Kiedy postąpiłam krok, jakiś chłopak zagrodził mi drogę. Zaczęli skandować:<br />
-    Mała czarna dziwka, mała czarna dziwka, mała czarna dziwka!<br />
Coś we mnie pękło. Zamachnęłam się tornistrem i wyrżnęłam<br />
chłopaka w twarz. Skoczyłam naprzód, chwyciłam dziewczynę za kudły i przygięłam do ziemi. Kiedy zaczęłam ją targać, zawyła przeraźliwie. Banda w mgnieniu oka rzuciła mi się na plecy, okła­dając pięściami, ciągnąc za włosy i tłukąc po rękach. Uczepiłam się czupryny mojej dręczycielki, jakby mnie licho opętało.<br />
Broniłam się dzielnie. Odwzajemniałam ciosy i kopniaki, waląc na oślep tornistrem i wściekle młócąc pięściami. Wyszczerzyłam zęby i zaczęłam gryźć. W końcu ktoś mnie podciął. Straciłam równowagę i upadłam na wznak. Oszołomiona, leżałam chwilę bez ruchu. Kręciło mi się w głowie. Stanęli nade mną, zastanawiając się, co dalej. Dziewczynka wrzasnęła, żeby mnie dobić, cofnęła się jednak na bezpieczną odległość.<br />
Najroślejszy chłopak &#8211; ciężko dysząc, z dłońmi wciąż zwinięty­mi w pięści &#8211; spojrzał na mnie i warknął:<br />
-    Głupia mała prawicowa dziwka!<br />
Odwrócił się i otoczył ramieniem swoją rozszlochaną towa­rzyszkę. Poszli dalej, śpiewając piosenkę do tekstu przewodniczą­cego Mao.<br />
Miałam podrapane i posiniaczone ręce, nogi i twarz. Byłam tak zapłakana i roztrzęsiona, że ledwie mogłam ustać na nogach. Usiad­łam na krawężniku, próbując złapać oddech. Splotłam ręce na piersiach, żeby opanować drżenie. Co się właściwie stało? Sama się nad tym zastanawiałam. Skąd wzięło się we mnie tyle siły, tyle odwagi, tyle nieposkromionej furii?<br />
Po powrocie do domu wyprałam ubranie i zszyłam podartą ko­szulę, żeby mama się nie zorientowała. Obmacałam głowę przed lustrem i odkryłam łysy placek w miejscu, z którego dziewucha wyrwała mi kłąb włosów. Zebrałam czuprynę w kucyk i ściągnę­łam gumką. Opowiedziałam wszystko Xiaolan. Na wieść, że odpar­łam całą bandę, wybuchła śmiechem, przestrzegła mnie jednak:<br />
- Uważaj Maomao, bo się naprawdę doigrasz.<br />
Postanowiłyśmy uciec przed zemstą. Okrążyłyśmy całe mias­teczko uniwersyteckie w poszukiwaniu jakiegoś tajnego przejścia. Znalazłyśmy obluzowany fragment muru, ukryty częściowo za krzakami. Usunęłyśmy kilka cegieł, robiąc dziurę, przez którą oby­dwie mogłyśmy się przecisnąć. Wypełzłyśmy na drugą stronę i po­szłyśmy do szkoły inną drogą.<br />
Tego dnia nikt nas nie ścigał. Nazajutrz rano umówiłyśmy się przed blokiem Xiaołan i ruszyłyśmy w te pędy do naszego sekret­nego przejścia. Kiedy już byłyśmy w środku, popatrzyłyśmy na ulicę przed główną bramą i ujrzałyśmy moich prześladowców włó­czących się tam i z powrotem po chodniku. Pokazałam ich Xiao-lan. Musiałyśmy zatkać usta, żeby stłumić śmiech. Puściłyśmy się biegiem nieznanymi wcześniej alejkami i bocznymi ścieżkami. Od­tąd chodziłyśmy do szkoły zawsze tą samą drogą. Z czasem na­zwałyśmy półokrągłą wyrwę w murze Księżycową Bramą.<br />
Przez kilka następnych tygodni skutecznie unikałyśmy dręczy­cieli. Miałyśmy nadzieję, że w końcu im się znudzi i dadzą nam spokój.<br />
Wkrótce jednak dopadła nas inna banda.<br />
Jedną z najzłośliwszych osób w naszej klasie była wysoka, roz­bestwiona dziewucha, która nazywała się Sun Maomao. Jej oj­ciec &#8211; rektor uniwersytetu &#8211; był człowiekiem wpływowym i bez­ceremonialnie nadużywał swej władzy dla osobistych korzyści. Rodzina pławiła się w luksusie. Nawet w najgorszych czasach wszyscy jedli do syta.<br />
Rektor darzył moich rodziców szczególną nienawiścią. Kilka lat wcześniej, na szkoleniu politycznym wykładowców i pracowników uczelni, wygłosił długą, krytyczno-propagandową przemowę na temat kontroli urodzin. Rodzice mieli wówczas dwoje dzieci, ma­ma chodziła w ciąży z trzecim. Rektor spojrzał jej w oczy i po­wiedział, że w odniesieniu do czarnych rodzin należy stosować politykę jednego dziecka. „Posiadanie więcej niż jednego potom­ka &#8211; stwierdził ojciec sześciorga &#8211; jest świadectwem nieodpowie­dzialności i braku patriotyzmu czarnej rodziny. Jeśli tacy ludzie dochowają się więcej niż jednego dziecka, poniosą surowe kon­sekwencje&#8221;.<br />
Pewnego ranka, jeszcze przed rozpoczęciem lekcji, bawiłyśmy się z Xiaolan w rogu boiska szkolnego. Odkryłyśmy, że jeśli wy­rwać kępę palusznika i porządnie oczyścić korzenie, to można je potem żuć i wysysać z nich słodki sok. Żułyśmy więc korzenie, a ze źdźbeł uplotłyśmy ptasie gniazdo. Klęcząc na ziemi, rozma­wiałyśmy o ptakach, które kiedyś przylecą, żeby znieść jajka do naszego gniazda. Wyobrażałyśmy sobie ich wygląd, wspaniałe ko­lory, wielkość i barwę zniesionych jaj oraz liczbę piskląt, które się z nich wyklują i które będziemy potem podpatrywać. W mieście prawie w ogóle nie było ptaków. Osiem lat wcześniej przeprowa­dzono udaną kampanię tępienia dzikiego ptactwa w miastach i wsiach, którą przewodniczący Mao wszczął w ramach walki z że­rującymi na plonach szkodnikami.<br />
Xiaolan miała na sobie nową białą bluzkę w niebieskie kwia­tuszki, tym cenniejszą, że własnoręcznie uszytą przez matkę. Za­dzwonił dzwonek. Pobiegłyśmy na lekcję. Xiaolan trzymała w rę­kach nasze gniazdko. Nie chciała go zostawić, ale dostałaby burę, gdyby je wniosła do klasy. Zawołała:<br />
-    Maomao! Patrz!<br />
Odwróciłam się i ujrzałam, że wyrzuca je w górę &#8211; jakby to nie było gniazdo, tylko wzbijający się w powietrze ptak. Pofrunęło i rozsypało się z powrotem w mokre korzenie i źdźbła trawy. Za nami szła Sun Maomao. Resztki gniazda spadły prosto na nią. Dostała szału. Skoczyła do Xiaolan, chwyciła ją za kołnierzyk, wymierzyła jej dwa policzki i wrzasnęła:<br />
-    Jak śmiesz, ty mała, zgniła, zaprzała kontrrewolucjonistko!<br />
Xiaolan próbowała się wyrwać, ale Sun Maomao zaczęła ją tar­mosić. Doszło do szarpaniny. Sun Maomao zdarła bluzkę z Xia-olan. Stanęłam między nimi i odepchnęłam Sun Maomao. Po­tknęła się o własną nogę.<br />
-    Ty prawicowa dziwko! &#8211; zawyła.<br />
Już miała się na mnie rzucić, kiedy przyszła mi w sukurs Xiaolan. Była półnaga; Sun Maomao wciąż trzymała w garści strzępy jej nowej bluzki. Ni stąd, ni zowąd Xiaolan wczepiła się paznokciami w twarz Sun Maomao, zupełnie jak dzika, rozwścieczona kotka. Sun Maomao wrzasnęła, upuściła bluzkę i ukiyła twarz w dłoniach.<br />
-    Moje oczy! &#8211; krzyknęła. &#8211; Wydrapałaś mi oczy!<br />
Xiaolan przerwała atak, zgarnęła z ziemi podartą bluzkę i uciek­ła do domu. Sun Maomao przycupnęła gdzieś w kącie.<br />
Piątka rodzeństwa Sun Maomao uczyła się w naszej szkole i w sąsiednim gimnazjum. Zaplanowali zemstę krok po kroku, z metodycznością właściwą dorosłym.<br />
Nazajutrz po południu miałyśmy z Xiaolan przesłuchania do szkolnej Drużyny Krzewienia Myśli Mao Zedonga. Wybierano tych, którzy najlepiej śpiewali i tańczyli, żeby potem mogli wy­stępować z drużyną na ulicach i w innych szkołach. Uczniowie i nauczyciele rozeszli się po godzinie przesłuchań. Zostałyśmy z Xiaolan, żeby zamieść podłogę i zetrzeć tablicę. Nikt nam jeszcze nie zabronił uczestniczyć w przesłuchaniach, obarczano nas jed­nak dodatkowymi obowiązkami. Skończywszy, spakowałyśmy książki i podeszłyśmy do drzwi. Wtedy się okazało, że na zewnątrz czeka już całe rodzeństwo Sun &#8211; córka rektora Sun Maomao, jej bracia i siostry.<br />
-    Są tam! &#8211; wrzasnęła na nasz widok Sun Maomao.<br />
Ruszyli wprost na nas. Wpadłyśmy z powrotem do klasy, za­trzasnęłyśmy drzwi i zastawiłyśmy ławką. Oparłyśmy się plecami o blat, żeby się skuteczniej zabarykadować. Rodzeństwo Sun kopa­ło i waliło w drzwi pięściami, miotając przekleństwa pod naszym adresem. Ilekroć udało im się uchylić drzwi o kilka centymetrów, z całych sił je dopychałyśmy. Szczelina stopniowo robiła się coraz węższa, aż w końcu drzwi się zamknęły &#8211; przy akompaniamencie dobiegających z drugiej strony wyzwisk i gróźb.<br />
-    Nikogo tam z wami nie ma? Na pewno? &#8211; usłyszałyśmy głos<br />
któregoś z Sunów.<br />
Byłyśmy tak zdesperowane, że starczyło nam sił za całą bandę.<br />
-    Możemy tu czekać w nieskończoność, małe czarne dziwki! -<br />
krzyknął jeden z braci Sun. &#8211; Im dłużej nas przytrzymacie, tym<br />
gorzej dla was. Wyjdźcie, bo musimy was ukarać.<br />
Nie miałyśmy najmniejszego zamiaru stawiać im czoło. W koń­cu odezwał się starszy brat Sun Maomao:<br />
-    Będziemy tu siedzieć, dopóki nie wyjdziecie, i przez ten czas<br />
zbierać siły, żeby spuścić wam wpierdol.</em></p>
<p><em>Zapadła długa cisza. Potem dobiegł nas wrzask Sun Maomao:<br />
- Wy brudne, czarne dziwki, jak stąd nie wyjdziecie, to&#8230; to poproszę moich braci, żeby&#8230; podpalili tę budę. Popatrzę sobie, jak się palicie, dziwki jedne.<br />
Nie wiedziałyśmy, co nam zrobią, jeśli wyjdziemy, wyobraźnia podpowiadała jednak najgorsze. Siedziałyśmy więc cicho, podczas gdy Sunowie pieklili się na zewnątrz.<br />
Mijały godziny. Dobiegły nas szepty i skrobanie do drzwi. Wciąż myśleli, jak by się tu włamać do środka. Robiło się coraz ciemniej. Wkrótce ogarnął nas zupełny mrok. Rozmawiałyśmy między sobą półgłosem, zastanawiając się, czy przypadkiem nie szukają nas rodzice.<br />
Odgłosy z zewnątrz wreszcie ucichły. Uchyliłyśmy odrobinę drzwi i wyjrzałyśmy. Nikogo nie było widać. Otworzyłyśmy nieco szerzej, żeby sprawdzić, czy Sunowie nie czają się gdzieś w ciemno­ściach. Nikt się nie ruszał. Postanowiłyśmy zaryzykować. Wyszły-śmy z klasy i przez chwilę stałyśmy cicho jak trusie, nadstawiając ucha i rozglądając się dokoła. Tego dnia Sunowie stracili cierpli­wość. Wiedziałyśmy jednak, że wrócą. Po prostu wymierzą nam karę kiedy indziej.<br />
Obydwie z Xiaolan pobiegłyśmy w te pędy do naszego bloku. Z jakiegoś odległego wiecu dobiegły nas mrożące krew w żyłach śpiewy. Olbrzymie portrety przywódców &#8211; oblepiające mury, poroz­wieszane na linach i drutach &#8211; łopotały leniwie na wietrze niczym flagi albo zasłony. Z mijanych spiesznie karykatur spoglądały na nas chuderlawe postaci wrogów ludu. Czułyśmy się jak w galerii widm.<br />
Pewnego niedzielnego ranka, kiedy wracałam do domu z targu, rodzeństwo Sunów dopadło mnie na ulicy. Sun Maomao złapała mnie za włosy, jej bracia i siostry kopali i okładali pięściami. Za­kupy wysypały mi się z torby, jajka się potłukły. Najstarszy chło­pak oznajmił na cały głos:<br />
- Jesteś przyjaciółką Xiaolan. Za każdy włos wyrwany mojej siostrze przez Xiaolan zapłacisz z dziesięciokrotną nawiązką.<br />
Szarpali mnie za włosy i kopali, dopóki nie stracili tchu, a ja nie przestałam się bronić. Pozbierali rozsypane warzywa i uciekli ze śmiechem, wrzeszcząc:<br />
- Niech żyje wielka proletariacka rewolucja kulturalna!<br />
Wciąż miałyśmy się na baczności przed rodzeństwem Sun. Co lalka dni urządzali zasadzki i próbowali nas dogonić. Raz dopadli na ulicy samą Xiaolan i okropnie ją zbili.<br />
Mogłam się tylko pocieszyć, że Xiaolan nie przestała się ze mną przyjaźnić i wciąż byłyśmy wobec siebie lojalne. Widywałam ją co rano ze świeżo umytą buzią, w upranym, w miarę potrzeby zacerowanym i połatanym ubraniu. Zawsze cieszyła się z naszych spotkań. Prześlizgiwałyśmy się na drugą stronę muru przez sek­retną Księżycową Bramę, by wspólnie wrócić do wrogiego nam świata &#8211; towarzyszki niedoli, ofiary wielkiej rewolucji.<br />
Kiedy biegłyśmy na lekcje, furkotały wokół nas kartki i strzępy papieru &#8211; skrawki starych, spłowiałych w słońcu plakatów politycz­nych. Czasem wiatr odklejał jakiś od ściany i tak długo tarmosił róg arkusza, aż w końcu zrywał cały i szastał nim po ulicy. Plakat kręcił się i wirował w podmuchach wiatru, a myśmy się za nim uganiały. Albo za latającymi po chodniku fragmentami haseł. Wciąż dało się odczytać niektóre ideogramy &#8211; WRÓG, PRAWICOWIEC, ZDRAJCA, ŚMIERĆ, ZABIĆ. Albo jakieś oskarżenie, urwane w pół zdania. Kawał­ki plakatów lepiły nam się do nóg. Chichotałyśmy, skakałyśmy, przystawałyśmy, rozkopywałyśmy śmieci tanecznym krokiem, pró­bując się uwolnić od ubłoconych, wymiętych papierowych wstęg.<br />
Potem wpadałyśmy do szkoły, przyciskając tornistry do piersi, a wstęgi z wyrazami potępienia łopotały za nami, darły się na strzępy, zbijały w kule, rwały na kawałki, więzły w gałęziach drzew i w szprychach rowerów. Dorośli trzymali się z dala od zniszczo­nych afiszów, wystrzegali się ich jak trucizny albo przekleństwa. Xiaolan i ja buszowałyśmy w nich bez cienia strachu.<br />
Kiedy padało i deszcz spłukiwał tusz z plakatów, ideogramy przeistaczały się w przepiękne kwiaty, obłoki, krwawe plamy i w zlewające się barwne kleksy. Zdarzało nam się dostrzec w tych mazajach twarz lub sylwetkę zwierzęcia, które próbowałyśmy roz­poznać. Czasem tusz rozlewał się w kształt potwora. Wtedy pisz­czałyśmy z udawanego strachu i uciekałyśmy, gdzie pieprz rośnie, bawiąc się w berka z kolorowym papierem.<br />
Tej jesieni i zimy spędziłyśmy większość czasu na zabawie oraz szukaniu sposobów, jak uniknąć prześladowań, odzyskać poczucie bezpieczeństwa i znaleźć parę fajnych koleżanek &#8211; z dala od ro­dzeństwa Sun.<br />
Pewnego ranka, tuż po nadejściu pierwszych mrozów, czekałam przed blokiem na Xiaolan, żebyśmy mogły pójść razem do szkoły. W końcu się pojawiła, ale z bardzo smutną miną.<br />
Co się stało? &#8211; spytałam.<br />
Tata zabronił mi chodzić z tobą do szkoły. Powiedział, że nie wolno nam już rozmawiać ani razem się bawić &#8211; odparła.<br />
Dlaczego? &#8211; krzyknęłam zdumiona.<br />
Bo tak, Maomao. Po prostu &#8211; nerwowo obracała w rękach tornister. &#8211; Tata powiedział, że jak nas przyłapią na rozmowie albo na wspólnej zabawie, to pomyślą, że się wymieniamy infor­macjami od naszych rodziców.<br />
Ale to przecież nieprawda &#8211; zaoponowałam.<br />
Ojciec Sun Maomao pogroził tacie. Czyli&#8230; nie możemy się już przyjaźnić.<br />
Nie było się o co spierać.<br />
W porządku, Xiaolan &#8211; powiedziałam łamiącym się głosem. -Więcej do ciebie nie podejdę. Ale zostanę twoją przyjaciółką na zawsze. Wiesz o tym, prawda?<br />
Do widzenia, Maomao &#8211; westchnęła.<br />
Patrzyłam, jak znika w Księżycowej Bramie. Nawet się nie obej­rzała.<br />
Odtąd musiałyśmy samotnie stawiać czoło Sunom.<br />
W listopadzie nastąpiło polityczne trzęsienie ziemi. Ojciec Sun Maomao trafił pod pręgierz czerwonogwardzistów. Uznano go za<br />
„przedstawiciela władzy kroczącego drogą kapitalizmu&#8221;. Odebra­no mu tytuł naukowy, usunięto go z funkcji rektora, pozbawio­no uprawnień, przywilejów i pozycji społecznej. Rodzina Sun z dnia na dzień zmieniła się z czerwonej w czarną. Myśliwi stali się zwierzyną. Bracia i siostry Sun Maomao padli ofiarą dzieci z czerwonych rodzin. Przestałam się ich bać. Prawie zaczęłam im współczuć.<br />
Pewnego dnia, kiedy wracałam ze szkoły, zobaczyłam ich ojca na platformie wzniesionej pośrodku ulicy. Stał z pochylonym kar­kiem. Na głowie miał czapkę hańby. Został zadenuncjowany, a na­stępnie pobity przez byłych studentów i kolegów z uczelni, którzy z czasem mieli zostać gwiazdami tej samej sceny. Nazajutrz wi­działam, jak chłopcy gonią po ulicy braci Sun Maomao, rzucając w nich kamieniami.<br />
A jednak coś różniło Sunów od rodzin Xiaolan i mojej. Nie umieli znosić cierpienia. Potrafili je tylko zadawać.<br />
Któregoś popołudnia czerwonogwardziści wzięli ojca Sun Mao­mao na smycz i ciągali po miasteczku uniwersyteckim jak psa. W końcu upadł. Oprawcy doszli do wniosku, że ich ofiara udaje. Kopali go, stawiali przemocą na nogi, bili po twarzy, oblewali wiadrami wody, nie mogli jednak docucić. Sfrustrowani, zawlekli go pod blok, w którym mieszkał, i tam zostawili. Minęła godzi­na, zanim żonie udało się wezwać pomoc i odwieźć go do szpita­la. Okazało się, że nie zemdlał z wyczerpania. Lekarze rozpoznali u niego wylew.<br />
Kiedy odzyskał przytomność, był całkowicie sparaliżowany i nie mógł mówić. Rodzina postanowiła zaopiekować się nim w domu. W ciągu kilku tygodni przeraźliwie schudł i pobladł jak ściana. Oczy zaszły mu mgłą, włosy posiwiały i zaczęły wypadać. Spędzał całe dnie przywiązany pasami do krzesła i gapił się nieobecnym wzrokiem w podłogę.<br />
Pewnej nocy najstarszy brat Sun Maomao wstał z łóżka i poszedł się wykąpać w pobliskim stawie. Zanurzył się w wodzie, znikł pod</em></p>
<p><em>Przez następne tygodnie Shuizi dochodził do zdrowia pod opie­ką ojca. Ojciec Jinłan spuścił jej łanie i zabronił widywać się z Shu-izim. Wkrótce dziewczyna wróciła do pracy w polu.<br />
Któregoś popołudnia ujrzałam, jak Jinłan prowadzi bawołu przez pobliskie poletko ryżowe. Dogoniłam ją i wdrapałyśmy się obydwie na grzbiet zwierzęcia. Siadłam z tyłu, oplótłszy ją ramio­nami w pasie. Z początku nie padło między nami ani jedno słowo. Odezwałam się po dłuższej chwili krępującego milczenia:<br />
Słyszałam, co się stało, Jinłan. Tak mi przykro. Shuizi to dobry człowiek.<br />
Wiem, Yimao &#8211; odpowiedziała, głaszcząc mnie po splecionych dłoniach.<br />
Stanęłyśmy nad rzeką i puściłyśmy zwierzę na trawę. Rozsiad-łyśmy się obok na brzegu, mocząc nogi w wodzie. Przypomniałam sobie, że kilka lat wcześniej dojeżdżałyśmy prawie w to samo miejsce z Chunying &#8211; patrzyłam wtedy, jak przyjaciółka szyje sobie buty na wesele.<br />
Jak myślisz, co teraz będzie? &#8211; spytałam Jinłan.<br />
Ojciec wmówił Staremu Krabowi, że Shuizi mnie zgwałcił. Przekonał go, że to nie moja wina.<br />
To znaczy, że zwalił winę na Shuiziego? &#8211; zdziwiłam się.<br />
Nie tylko &#8211; odparła. &#8211; Stary Krab i ojciec doszli do wniosku, że to robota Ducha Lisa.<br />
Zgodnie z miejscową legendą Duch Lisa był przebiegłym demo­nem, który włóczył się po okolicy w poszukiwaniu niewinnej ofiary. Kiedy ją znalazł, wchodził w jej ciało i podjudzał do gwałtu. Mit stał w sprzeczności z socjalistyczną doktryną Komunistycznej Partii Chin i przewodniczącego Mao. Wieśniakom wciąż jednak trafiał do prze­konania, podobnie jak wiele innych, równie silnie zakorzenionych zabobonów. Podejmowane przez partię próby wyplenienia bądź zdyskredytowania tych zaściankowych przesądów spełzły na niczym.<br />
I co mają zamiar z tym zrobić? &#8211; spytałam.<br />
Nie wierzysz w to, Yimao, prawda? Twoi rodzice są nauczy­cielami. Pewnie wiesz lepiej.<br />
Oczywiście, że nie wierzę! &#8211; żachnęłam się. &#8211; Ale co teraz zrobi Stary Krab?<br />
Krab wziął od ojca dwie butelki dobrego wina, żeby skłonić Zhanga z wioski Zhang do odprawienia egzorcyzmów. Zhang jest medium i ma ze mnie wypędzić Ducha Lisa. A potem chcą mnie wydać za Młodego Kraba.<br />
Wyjdziesz za niego?<br />
-    Za Młodego Kraba? Już prędzej umrę &#8211; odparła.<br />
Przyznała mi się, że nocą odwiedziła Shuiziego. Rozmawiała<br />
z jego ojcem.<br />
Obiecał, że nam pomoże. Powiedział, że wszystkim się zajmie.<br />
Myślisz, że to zrobi?</em></p>
<p><em>Nie wiem. Ale mam nadzieję. Pewnie znasz historię matki Shuiziego?<br />
Nigdy jej nie widziałam.<br />
Zmarła przy porodzie &#8211; rzekła Jinłan. &#8211; Ojciec Shuiziego już się więcej nie ożenił. Mówią, że wciąż ma złamane serce. On wie, co oboje czujemy.<br />
Mam szczerą nadzieję, że wyjdziesz za Shuiziego &#8211; oznajmi­łam z przejęciem.<br />
-    Ja też &#8211; zapewniła, chwytając mnie za rękę.<br />
Wybuchłyśmy płaczem.</em></p>
<p><em>Kilka dni później Stary Krab ruszył na obchód wsi, krążąc od chaty do chaty z wieścią, że wezwał na pomoc medium. Kazał pozamykać wszystkie drzwi i okna, żeby nie opętał nas uwolniony Duch Lisa. Jeśli demon nie znajdzie kolejnej ofiary w Gao, pójdzie jej szukać gdzie indziej.<br />
Medium Zhang przybył nazajutrz. Stary Krab biegał po wsi jak szalony, waląc w gong i wrzeszcząc:<br />
- Zostańcie w chatach! Pozamykajcie okna! Zamknijcie drzwi! Nie wychodźcie, dopóki wam nie pozwolę.<br />
Egzorcyście miało towarzyszyć kilku starannie dobranych męż­czyzn. Musieli mieć co najmniej czterdzieści lat. Dzień był po­chmurny i upalny. Zaczęło padać zaraz potem, jak Stary Krab kazał wszystkim zostać w domu.<br />
Nasza chałupa stała w pobliżu magazynu, gdzie Duch Lisa do­padł rzekomo Jinlan. Tam właśnie miały się odbyć egzorcyzmy. Rodzice zamknęli drzwi i okna, stosując się do poleceń Kraba. Poszłam do swojego pokoju, odrobinę uchyliłam okno i wyjrzałam na zewnątrz. W życiu nie widziałam, żeby ktokolwiek się uganiał za Duchem Lisa.<br />
Obserwowałam ulewę i patrzyłam, jak płynące ścieżkami przez wieś strużki wody zamieniają się w strumyki. W końcu dostrzeg­łam jakieś poruszenie za zasłoną deszczu. Zaczęłam rozróżniać poszczególne kształty. Ujrzałam ośmiu mężczyzn z wioski &#8211; po­mocników łowcy duchów &#8211; niosących nad głowami drewnianą platformę. Kiedy przechodzili obok naszej chaty, zobaczyłam przywiązaną do platformy Jinlan. Patrzyła w deszcz szeroko otwar­tymi oczyma. Wyglądała na pogrążoną w transie. Z jej czoła, piersi i ud sterczały długie igły do akupunktury.<br />
Na końcu pochodu szedł egzorcysta. Dzierżył w ręku blisko dwumetrową tyczkę. Z przymocowanego na jednym końcu skórza­nego paska zwisał luźno pęk kogucich piór. Mężczyzna wymachi­wał zmokniętym pióropuszem jak wachlarzem. W drugim ręku niósł wiązkę kadzidełek. Choć większość zgasła na deszczu, z po-<br />
zostałych wciąż unosił się wonny dym. Egzorcysta powtarzał pod nosem jakieś tajemne zaklęcie. Krzyczał piskliwie, by po chwili ochryple mruczeć. Wieśniacy z ponurą zaciętością powtarzali za­klęcia. Stary Krab wiódł procesję w rzęsistej ulewie. „Co oni chcą zrobić z Jinlan? &#8211; spytałam sama siebie. -1 czemu ją rozebrali?&#8221;.<br />
Wyśliznęłam się z domu i ruszyłam za pochodem, śledząc go z bezpiecznej odległości. Kiedy mężczyźni weszli do magazynu, popędziłam na drugi koniec budynku. Zapamiętałam z dawnych czasów, że po tamtej stronie jest szpara między ścianą a dachem. Gdybym stanęła na palcach, mogłabym zajrzeć do środka.<br />
Udało mi się zajrzeć w głąb magazynu. Mężczyźni ustawili plat­formę pośrodku Idepiska. Zabłysły dwie lampy naftowe. Stojący kręgiem wieśniacy wpatrywali się w nagie ciało Jinlan. Egzorcysta obszedł paletę dookoła, wciąż mamrocząc swoje zaklęcia. Stary Krab zaszył się w kącie z wzrokiem utkwionym w Jinlan. Twarz mu pałała. Po kilku minutach egzorcysta nagle znieruchomiał i zamknął oczy, jakby wsłuchiwał się w czyjeś głosy z oddali. Zapadła cisza. Widziałam, jak nagie piersi Jinlan powoli się wznoszą i opadają. Niewidzące spojrzenie utkwiła w sufit. Nie słyszałam nic poza jednostajnym bębnieniem rozpryskujących się kropel deszczu i przyśpieszonym biciem własnego serca.<br />
Egzorcysta otworzył oczy i mrugnął. Oznajmił pozostałym, że muszą wyjść. Przyszedł czas wypędzić Ducha Lisa. Jeśli ktokolwiek zostanie w budynku, demon może się ukryć w jego ciele.<br />
Stary Krab dopilnował, żeby wszyscy wyszli, po czym zamknął za sobą drzwi. Usłyszałam, jak mężczyźni rozchlapują kałuże na ścieżce po przeciwnej stronie magazynu.<br />
Egzorcysta odczekał kilka minut w całkowitym bezruchu. W końcu się odwrócił, odrobinę uchylił drzwi i wyjrzał na ze­wnątrz, żeby sprawdzić, czy mężczyźni postąpili według jego wska­zówek. Zadowolony, że wszystko idzie jak trzeba, szczelnie zamk­nął drzwi i zaryglował je sztabą. Podszedł do leżącej na wznak</em>&#8222;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://scano.biz/informacje/terror-mao-w-chinach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

